Galdhøpiggen - najwyższy szczyt Norwegii zdobyty!

Galdhøpiggen to najwyższy szczyt Norwegii, Gór Skandynawskich i Półwyspu Skandynawskiego. Wejście na górę położoną na wysokości 2469 m npm ze Spiterstulen jest bardzo popularne zarówno wśród samych Norwegów jak i wśród turystów z całego świata. Galdhøpiggen znajduje się w Parku Narodowym Jotunheimen charakteryzującym się niezwykle dzikim i skalistym krajobrazem, który przy dobrej pogodzie potrafi zrobić duże wrażenie! Dla nas był to bez wątpienia najcięższy trekking w Norwegii. Droga na szczyt nie jest zbyt wymagająca technicznie, ale kondycyjnie bardzo - na dystansie sześciu kilometrów czekało na nas przewyższenie 1400 m! 



Zaraz po tym jak wszyscy odmeldowaliśmy się w czerwonym busie po zdobyciu Trolltungi ruszyliśmy na nasz kolejny nocleg. Teoretycznie do przejechania mieliśmy około trzech godzin, w praktyce droga wydłużyła się znacznie i na miejscu byliśmy po 23. Podczas gdy w Polsce panowały tropikalne upały, u nas na termometrze w nocy temperatura pokazywała całe 6 stopni. Aby dostać się na miejsce, gdzie mogliśmy rozstawić nasze namioty musieliśmy tylko przejść przez drewniany mostek walcząc z wiatrem i przenieść nasze wszystkie plecaki, karimaty, śpiwory, jedzenie. W rozstawianiu namiotów mieliśmy jednak już niezłą wprawę, w oświetleniu czołówek zajęło nam to niecałe 5 minut. Być może znaczący i bardzo mobilizujący był fakt, że było tak zimno i chcieliśmy już tylko jak najszybciej położyć się w ciepłym śpiworze. Jednak przed męską częścią naszej wyprawy czekało kolejne wyzwanie wysuszyć przemoczone na szlaku buty, tak aby z samego rana móc ruszyć na najwyższą górę Norwegii. Nie było łatwo, buty okazały się bardziej mokre niż się wydawało, a dodatkowo zadanie pokrzyżowały przypadkowo znalezione w busie puszki z piwem ;) Tak w ogóle to nie macie wrażenia, że te puszki to tak specjalnie wyłaniają się w najmniej odpowiednim momencie? ;P





Fot. Michał Witoszyński/ Apetyt na Świat


To była bardzo krótka noc, wczesna pobudka, po wyjściu z namiotu niezwykłe widoki, szybkie ciepłe śniadanie w postaci owsianki (przez niektórych już znienawidzonej) i możemy ruszać w drogę. Pamiątkowe zdjęcie przez wyjściem na szlak, kiedy jeszcze jesteśmy zadowoleni i uśmiechnięci, bo nieświadomi tego co nas tego dnia czeka ;) Nocleg nad rzeką Visa bez wątpienia znajduje się w ścisłej norweskiej czołówce!




Fot. Michał Witoszyński/ Apetyt na Świat
Szlak na Galdhøpiggen to była naprawdę niezła wyrypa, przewyższenie mocno dawało o sobie znać, a w nogach jeszcze czuliśmy wczorajsze 22 kilometry. O ile na początku można było jeszcze zatrzymać się na złapanie oddechu pod pretekstem "muszę zrobić zdjęcie", o tyle później kiedy mgła zakrywała wszystko było trudniej. Widzisz przed sobą drogę cały czas pod górę, nie ma nawet chwili na wyrównanie oddechu i w głowie zaczynasz walczyć ze sobą. Jeszcze krok i kolejny, i kolejny i tak upływają kolejne minuty. Droga prowadziła cały czas po kamieniach, które na początku wyłaniały się z zielonej trawy, z czasem trawa zamieniła się w ziemię aż sam skalisty dywan towarzyszył nam na szczyt. W międzyczasie, w miejscach osłoniętych od promieni słonecznych zalega spora warstwa śniegu, która okaże się bardzo przydatna przy schodzeniu. Niektórzy ześlizgiwali się po nim dając odpocząć kolanom a jeszcze inni zjeżdżali na czterech literach :)






Przed wyjściem Michał nasz człowiek od wszystkiego mówił, że jeśli zobaczymy dwie góry to jeszcze nie jest szczyt i żebyśmy się nie witali z gąską zbyt wcześnie. Więc idziemy i idziemy, w międzyczasie zaczyna coraz bardzie wiać i pada śnieg. W głowie zaczynają pojawiać się różne myśli, żeby może odpuścić, żeby poczekać na grupę, która będzie schodziła, ale na szczęście żadne z nas tego nie mówi na głos. Kiedy zaczynają się finalne dwa podejścia możemy zdecydować czy chcemy iść kamiennym szlakiem czy ośnieżonym zboczem. Żadna z tych dróg nie jest idealna bo albo nie unikniemy mokrych butów i spodni albo dostaniemy całkiem niezły wycisk od wysokich kamiennych schodów. Kiedy naszym oczom ukazuje się przez mgłę mały budynek mamy ochotę skakać z radości, niestety pozory mylą i do schronu wcale nie jest tak blisko, jak byśmy tego chcieli. Ale wreszcie docieramy - lepiej późno niż wcale prawda? ;) 






Kamienny schron jest całkiem mały i kameralny, na miejscu musimy po prostu zjeść coś ciepłego. Nie mamy zbyt dużego wyboru i wcinamy coś podobnego do hot doga z naleśnikiem zamiast bułki za jedyne 40 złotych za sztukę (!!!). Radość ze zdobycia Galdhøpiggen  była tak duża, że to średnio smakujące coś było swoistym trofeum i pewnie jakby kosztowało nawet dwa razy tyle to i tak byśmy się na ten posiłek skusili ;) Ciekawostką jest, że na górze nie ma toalety, ale za to Wifi działa lepiej niż na niejednym noclegu i można płacić kartą. Po chwili przerwy i jedzeniu przyszedł czas na pamiątkowe zdjęcia na szczycie, ale że wiało przeokropnie była to bardzo szybka sesja :)

Fot. Michał Witoszyński/ Apetyt na Świat

Fot. Michał Witoszyński/ Apetyt na Świat


Niestety czas się zbierać, wracamy tym samym szlakiem, czego nie lubimy za bardzo, ale przynajmniej wiedzieliśmy co nas czeka. W drodze powrotnej pada kilka niecenzuralnych słów, droga dłuższy się niemiłosiernie, a kolana dostają niezły wycisk. Na szczęście poprawia się widoczność i naszym oczom ukazują się całkiem przyjemne widoki! Zobaczcie sami :) 












Ten trekking różnił się od pozostałych norweskich wędrówek. Nasze apetyty na niezwykłe panoramy wzrastały z każdym dniem i najwyższa góra Skandynawii zapowiadała się pod tym względem równie atrakcyjnie. Ale niestety ze względu na brak widoczności nie mieliśmy szansy na delektowanie się pięknymi widokami, tak jak to było możliwe do tej pory. Czas, który daliśmy sobie na zdobycie góry również zmuszał nas do częstego spoglądania na zegarek. Przed nami był bowiem jeszcze powrót, szykowanie obiadu, spakowanie mandżuru i jazda na kolejny kemping. Piąty dzień trekkingu przyniósł również zmęczenie fizyczne, które wtedy osiągnęło swoiste apogeum i które po prostu musieliśmy przezwyciężyć. Mimo tych wszystkich okoliczności dziś wspominamy tę wycieczkę z sentymentem i śmiejemy się z kilku tekstów, które tego dnia padły na szlaku. Piotrek, który wpadł do potoku skwitował całe wydarzenie słowami: *******, ******, ************** *********. A Sylwia ze śmiechu prawie pokładała się na szlaku :) 


2 komentarze:

  1. Ciekawe, jakie widoczki skrywa góra przy lepszej pogodzie i jakie temperatury panują tam zimą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzieliśmy kilka zdjęć przy dobrej pogodzie i widoki były baaardzo przyjemne! :)

      Usuń