Recenzja książki 'Ja, pustelnik' i KONKURS

To była chyba pierwsza autobiografia, którą przeczytałam. Na pewno pierwsza o tej tematyce. Zanim zaczęłam ją czytać miałam pewne obawy czy pisząc o sobie można zachować obiektywizm? Nie do końca wiedziałam czego mogę się po niej spodziewać. Teraz już wiem, że jest to jedna z tych książek, po skończeniu której jest żal, że to już koniec i że chciałoby się więcej. 




RECENZJA KSIĄŻKI "JA, PUSTELNIK" AUTOBIOGRAFIA 

PIOTR PUSTELNIK I PIOTR TRYBALSKI


Kiedy ktoś spyta o najbardziej znanych i utytułowanych polskich himalaistów nazwisko Pustelnik raczej nie będzie wymienione w pierwszej trójce. A to właśnie Piotr Pustelnik jako trzeci Polak, po Jerzym Kukuczce i Krzysztofie Wielickim zdobył koronę Himalajów i Karakorum, czyli stanął na szczycie czternastu ośmiotysięczników.

Na początku jednak nic nie zapowiadało tak wielkiego sukcesu, bowiem już w dzieciństwie zaczęły się problemy zdrowotne, które teoretycznie były przeszkodą w podejmowaniu aktywności fizycznej. W praktyce wyszło jednak inaczej, chociaż obawy o serce pozostały. Nieukończony kurs wspinaczkowy wcale nie okazał się przeszkodą w zdobyciu najwyższych gór świata. 

Pustelnik przyznaje, że w latach osiemdziesiątych nie czuł się jeszcze częścią świata himalajskiego. Był kimś, kto trzymał kciuki za innych i jednocześnie sam chciał to wszystko osiągnąć. 

Wreszcie nadeszła pora, żeby swoje marzenia zamienić w działanie. Swój pierwszy ośmiotysięcznik zdobył w wieku 39 lat, ale jak sam przyznaje cieszył się jak dziecko. Potem była kolejna góra i kolejna. Nie wszystkie jednak były dla niego gościnne. Broad Peak, Makalu czy Annapurna nie wpuściły go na szczyt za pierwszym razem. 

Po złej passie udaje się wejść na Lhotse w głowie pojawia się myśl, żeby zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki i na stałe zapisać się w historii światowego alpinizmu. Kiedy za piątym razem udaje mu się zdobyć Annapurnę, po dwudziestu latach zdobywa koronę Himalajów i Karakorum.

W drodze na szczyt musi mierzyć się nie tylko z ogromnym wysiłkiem, ale także ze swoimi ograniczeniami, słabościami i lękami. Czasem trzeba podejmować trudne decyzje, zrezygnować z wejścia, żeby pomóc zejść partnerowi czy odpuścić z powodu niesprzyjających warunków atmosferycznych. 

Z książki dowiemy się, że każda z czternastu dróg wyglądała zupełnie inaczej. W trakcie wypraw uczestnikom towarzyszą różne emocje, czasem bardzo skrajne. Radość i euforia ze zdobycia szczytu mieszają się złością, rozczarowaniem, a także niestety ze śmiercią.

To także opowieść o strachu, który towarzyszył podczas każdej wyprawy i o cierpliwości oraz uporze w dążeniu do celu. Czasem sukces na słodko-gorzki smak. Ta książka jest autentyczna, miejscami nawet do bólu. Pokazuje, że niekiedy za swoje marzenia zapłacić trzeba najwyższą cenę. I że czasem mimo ich spełnienia pozostaje pewien niedosyt. To nie jest tylko kolejna opowieść o górskich wyprawach, ale także o tym co człowieka w te góry ciągnie. 

Żeby zdobyć ośmiotysięcznik na pewno potrzeba sporo odwagi. Potrzeba też jej dużo, żeby umieć przyznać nie tylko przed sobą, ale powiedzieć na głos, że nie wszystko w życiu ułożyło się tak jak sobie tego życzył.

Można zdobywać kolejne szczyty, odnosić sukcesy w górach i jednocześnie  życiowo być trochę pogubionym. I wtedy właśnie te góry stają się najlepszą odskocznią i miejscem ucieczki przed problemami dnia codziennego.

Ta historia to żywy przykład, że nigdy nie jest za późno na realizację swoich marzeń i wyznaczanie celów, które dla kogoś z boku mogą okazać się mało realne, a czasem nawet szalone.

Książka wciąga już od pierwszych stron. Napisana jest językiem bardzo przystępnym dla czytelnika, dodatkowo na początku autorzy wyjaśniają kilka kluczowych pojęć z górskiego słownika. 

Opowieść Piotra Pustelnika przeplata się z komentarzami Piotra Trybalskiego, który dopowiada i przypomina niektóre fakty tworząc wywiad-rzekę. Książka jest także bogato ilustrowana, co jest jej doskonałym uzupełnieniem. 

Wbrew pozorom to książka nie tylko o wielkim sukcesie, ale także o małych porażkach po drodze. Tych górskich i tych osobistych.

To jest naprawdę bardzo dobra książka, po lekturze której można zadać sobie kilka pytań i poszukać na nie odpowiedzi. Skłania do refleksji. 

Podziwiam bardzo i jednocześnie cieszę się, że w te najwyższe góry nas nie ciągnie. 

KONKURS

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego mamy dla Was trzy książki. Co trzeba zrobić, aby je zdobyć? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Z jakiego osiągnięcia czy sukcesu życiowego lub górskiego jesteś najbardziej dumny/dumna? Pamiętaj, żeby uzasadnić swoją wypowiedź, ponieważ to dla nas główne kryterium wyboru zwycięzców. 

Konkurs trwa do 11.10.2017 roku do północy. W piątek 13.10.2017 roku w tym wpisie ogłosimy zwycięzców. 

Szczegółowy regulamin konkursu znajduje się tutaj.

Powodzenia! :)


WYNIKI KONKURSU

Dziękujemy bardzo za tak liczny udział w konkursie i za przesłanie wszystkich odpowiedzi. Chociaż nie było łatwo, wybraliśmy 3 zwycięzców, do których trafi autobiografia Piotra Pustelnika z jego autografem. 

1. Natalia

"Moja największa duma to nie wyczyn sportowy czy wspinaczkowy w górach ale to, iż miłość do gór udało mi się zaszczepić w mojej córce. (...) Tak!!! Moim największym sukcesem jest pokazanie dziecku jak żyć z pasją, z dala od internetowego świata :)"

2. Mateusz 

"Moja historia będzie nieco smutna, ale posiada szczęśliwe zakończenie. (...) bo zdaję sobie sprawę, że góry mogą równie dać życie jak i je odebrać. I w moim przypadku miłość zaczęła się od tego "dać"."

3. Yvvsson

"(...) Takie wyprawy lubię najbardziej, gdzie człowiek doświadcza totalnego zmęczenia i totalnego zauroczenia tym, jak ten świat jest piękny. Brudna, zmęczona, z poparzonymi od słońca uszami czuję, że żyję."


Prosimy o przesłanie maila z Waszymi adresami na goromaniacy.pl@gmail.com 




27 komentarze:

  1. Ola tatromaniaczka4 października 2017 19:59

    Jestem dumna z przejścia przez Iwanicką Przełęcz! Być może nie jest to bardzo ekstremalne miejsce, jednak dla mnie był to na prawdę wielki sukces. Byl to mój pierwszy wyjazd w Tatry. Spacerowałam Doliną Kościeliska. Na Hali Ornak zapragnęłam "skrócić" sobie drogę, aby dojść na Polanę Chochołowska. Nie byłam świadoma, że trasa jest oparta na wchodzeniu po schodach! Parę razy po drodze myślałam, że zrezygnuje... Ale nie poddałam się. Widoki pamiętam do dziś. I ta satysfakcja :) Następny raz tez zamierzam przejść tą trasę. Warto :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja największa duma to nie wyczyn sportowy czy wspinaczkowy w górach ale to, iż miłość do gór udało mi się zaszczepić w mojej córce. Wcale nie było to łatwe, bo odkąd postawiła pierwsze kroki chodzić... nie lubiła... chętnie jeździła wózkiem, nie lubiła też specjalnie chusty ani nosidła. pierwsze wycieczki w góry cechowało jedno --> "daleko jeszcze?". Postanowiliśmy trochę pójść na sposób i na końcu każdej wyprawy otrzymywała w nagrodę pieczątkę, zbieraliśmy odznaki, kupowaliśmy drobne pamiątki w schroniskach... dziś te wszystkie odznaki dumnie nosi przypięte do plecaka, a wyprawy w góry są, podobnie jak dla nas, przyjemnością. Z dumą patrzę jak siedzi na Rusinowej Polanie zajadając ze smakiem oscypka :) Tak!!! Moim największym sukcesem jest pokazanie dziecku jak żyć z pasją, z dala od internetowego świata :)
    Pozdrawiam,
    Natalia Wasielewska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulujemy! Książka trafia do Ciebie :) Prosimy o kontakt mailowy :)

      Usuń
  3. Dla mnie największą dumą w górskiej karierze jest zdobycie Polskiego Grzebienia w październiku zeszłego roku. Kiedy w dolinach panowała złota jesień, powyżej 1500m leżał już śnieg, a na 2200m n.p.m. pojawiały się oblodzenia i zawieje. Było bezpiecznie, spokojnie, jednak wędrówka była przełamaniem jakiejś granicy. Widokowa przełęcz zaczarowała nas, a zarazem dodała skrzydeł i pozwoliła nabrać cennego doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Życie bez przygód było by strasznie głupie jak powiedział kiedyś B.Powell.Idąc za jego tokiem myślenia postanowiłam przeżyć moją przygodę. Wyjechałam za granicę, żeby zarobić pieniądze na wyprawę o której śniłam od wielu lat czyli zdobyć Mont Blank. Uważam, że moją największą dumą jest upór w dążeniu do osiągnięcia tego celu. Cały rok dzień w dzień mimo zmęczenia łaziłam z moim 15kg plecakiem 5 lub 10 km dziennie. A kiedy już przyszło mi się zmierzyć z samym szczytem na wysokości Tete Rousse ( czyli zaraz przed samym kuluarem) poczułam objawy choroby wysokościowej... Czułam się paskudnie kiedy dotarłam do schronu Valot, już byłam na etapie trudno zawijam kiece i wracam, góra była jest i będzie wrócę tu następnym razem. Moi kompani doradzili mi zdrzemnąć się i wtedy zobaczymy co dalej. Nie wiem, czy to determinacja czy upór czy o co kaman... ale jakbym odstała nowego kopa. 21 czerwca 2017 mimo potwornego zmęczenia mogłam zobaczyć na własne oczy wschód słońca na Mont Blank . Także moi drodzy marzenia są po to żeby je spełniać więc nie ma na co czekać :)
    Pozdrawiam i do zobaczenia na szlakach :)
    Magda Drabik

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapewne nie mam takich ekstremalnych i tak dużych osiągnięć jak koledzy/koleżanki wyżej,lecz spróbuje,gdyż swietna nagroda jest do wygraniatym bardziej dla początkującego góromaniaka :) po pierwsze jestem dumny że przezwycieżyłem swoje lenistwo i wymówki "że nie mam z kim iść" itp. Pewnie wydaje sie to śmieszne i błahe lecz ciężko zawsze jest zrobić ten pierwszy krok, dumny jestem z może ciut głupiego pomysłu ze podczas długiej kontuzji nogi,o kulach wyszedłem na Jaworz, może nie jest to wysoka góra lecz o kulach był to mega ciężki wysiłek i próba charakteru, a po zdjęciu gipsu i rzucenie kul zrobiłem dość długą trasę z kuźnic-czarny staw-karb-zielony staw- powrót na kuźnice, niestety Kasprowy z powodu deszczu został przeniesiony na inny luźny termin. Następny powód z którego jestem dumny jest to że przez góry poznałem mega przyjaciół z którymi bardzo chętnie chodzimy w Tatry i po naszych Beskidach i wzajemnie zaraziliśmy się tą pasją. Więc niestety nie moge się pochwalić wysokimi,ciężkimi szczytamipozdrawiamm dumny z czegoś ważniejszego jak przyjaźń i kilka innych spraw które siedzą w głowie, a ciężkie szczyty są w planach ,wiec na pewno sie pochwale ☺ pozdrawiam Michał Bulanda

    OdpowiedzUsuń
  6. Były Rysy, był Szpiglas, były całodzienne trasy po kilkadziesiąt kilometrów. A mimo to najbardziej dumna jestem z wrześniowego wejścia na Wołowiec. Dwie pierwsze próby przysporzyły mi naprawdę wiele stresu i sprawił, że miałam z tym szczytem warunki do wyrównania. Za pierwszym razem złapała mnie śnieżyca, która zasypała wszelkie ślady. Widoczność była niemal zerowa, więc wracałam do schroniska z duszą na ramieniu. Wycofałam się 30 minut od wierzchołka. Drugim razem wiatr halny przewracał mnie niczym kartkę papieru, więc wycofałam się jeszcze przed Grzesiem. We wrześniu okazało się, że warto kierować się rozsądkiem bez względu na wszelkie ambicje, bowiem Wołowiec cały czas stał na swoim miejscu. W zamieniających się miejscami z minuty na minutę mgle, chmurach i pięknemu słońcu dotarłam na szczyt. Taki niepozorny, a jednak okazał się wielkim wyzwaniem. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham chodzić po górach, ale niestety zdrowie skutecznie utrudnia mi cieszenie się nimi w 100%. Każdy dłuższy dystans do pokonania to dla mnie niejednokrotnie niesamowity ból. Problem z kolanami od jakiegoś czasu coraz bardziej się nasila, ale miłość do Tatr przezwycięża zdrowy rozsądek. Największym osiągnięciem górskim było dla mnie pokonanie pieszo trasy na Kasprowy Wierch przez Dolinę Jaworzynki, a powrót przez Dolinę Goryczkową. Wracając miałam łzy w oczach: z bólu, ale również z satysfakcji. Dałam radę! Moja siostra i tata, którzy towarzyszyli mi, proponowali zjazd kolejką... Ale przecież prawdziwy tatromaniak nie korzysta z takich ułatwień, prawda? Wchodząc na Kasprowy Wierch spotkałam starszego pana, który miał protezy nóg. Pomyślałam wtedy, że jeżeli on daje rady i z taka determinacją wchodzi na szczyt, to nie ma rzeczy niemożliwych.
    Swój pierwszy dwutysięcznik, czyli Wołowiec, zdobyłam parę lat temu... Jednak to zdobycie Kasprowego zapamiętam na długo. Musiałam pokonać swoje słabości, aby tego dokonać, lecz zrobiłabym to z chęcią kolejny raz.

    OdpowiedzUsuń
  8. Chodzę po górach bo kocham to , ale moim sukcesem życiowym jest moja Rodzina wspaniały mąż i cudowna córka noj szalony kot i z tego że ich mam jestem najbardziej Dumna.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zanim jeszcze wylecialm z Polski, moja 6letnia crka zrobila rysunek. Pieciu wspinaczy w pomponiastych czapkach i bardzo stromy szczyt. Koslawymi literami, ktore jeszcze ucza siepisac nakreslila KAZBEK.pakujac plecak wzielam rysunek i obicalam, ze zaniose na szczyt. Ile po drodze mialam momentow zwatpien, wiem tylko ja. Ilerazy araklo oddechu, nogi nie chcialy isc, plecak byl za ciezki. Wnioslam. Dotrzymalm slowa. Dzisiaj mam urodziny i roziczajac poprzedni rok zycia to wnisenie rysunku Wandy powyzej 5000 metrow bylo najwiekszym sukcesem. Podrawim.

    OdpowiedzUsuń
  10. Skoro książka górska, to może sukces górski :) Mój osobisty do tej pory Mt Blanc droga 3M...pokonanie własnych słabości, o których tylko każdy z nas samych wie :) Nikt inny :)Dlatego kochamy góry, Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Do chwili obecnej udało mi się wdrapać na trochę szczytów. Na pewno dumny jestem z wejścia na Gerlach i Lodowy Szczyt w Tatrach, ze zdobycia Mont Blanc w Alpach, kilku szczytów w Dolomitach m.in. Marmolady, Kalla Pathar w Himalajach, a zwłaszcza ze zdobycia szczytu Kilimandżaro, gdyż jest to najwyższy ze szczytów, na które wszedłem. Z drugiej jednak strony jestem również dumny z tego, że potrafiłem się wycofać z wejścia na Mount Meru w momencie, gdy dopadła mnie choroba wysokościowa na skutek słabej aklimatyzacji. Naprawdę trudno jest podjąć decyzję o odwrocie, gdy jest się bardzo blisko szczytu. Jestem więc dumny z mojej decyzji i uważam, że zachowałem się wówczas odpowiedzialnie. Sądzę, iż ważne jest nie tylko zdobycie jakiegoś szczytu ale przede wszystkim to, by całym i zdrowym wrócić z gór.

    OdpowiedzUsuń
  12. Najbardziej jestem dumna z tego, że moi rodzice zaszczepili mnie miłością do Gór podczas naszego pierwszego wyjazdu w Beskid Niski. Było ciężko, bo byłam wtedy małym dzieckiem a przez cały wyjazd padało i padało. I z czasem te wspólne wyjazdy w góry zaczęły mi się podobać. Teraz jeźdże juz sama i wspominam ciepło ten pierwszy przełomowy wyjazd w Beskid Niski :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jestem dumna z tego że po 10 latach powróciłam w góry i w Tatry pierwszy raz w swoim 29 letnim życiu. I tu przez tydzień prawie codziennie szliśmy na wspaniałe szlaki, i dla tych pięknych widoków pokonywałam swój lęk wysokości. Zakochałam się w górach tak na poważnie i do grobowej deski, ciągnie mnie do nich jak wilka do lasu
    Ewelina Bałda

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem dumny z każdego swojego sukcesu życiowego, tego większego i tego mniejszego. Tak samo z górami. Zawsze cieszę się zarówno jak stoję na szczycie tej małej i tej większej góry. Nie ma nic lepszego niż ten moment, kiedy brakuje kilku kroków do szczytu i człowiek momentalnie zapomina o całym trudzie włożonym w podejście. Liczy się tylko te kilka metrów jakie zostały do pokonania i ta ciekawość co tam znajdziemy, jaki widok ujrzymy, kogo spotkamy, a człowiek znów czuje się jakby miał 6 lat i czekał z niecierpliwością na rozpakowywanie prezentów pod choinką. A później szczyt i wolność dookoła.
    A największy sukces? Znalazłem coś co kocham robić, a "przy okazji" kogoś kogo kocham :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Katarzyna Ososinska10 października 2017 15:55

    Samo patrzenie na górski szczyt nigdy nie sprawiło, że znalazłam się na górze. Choć herbata w termosie się kończyła, choć crossfit nie dawał takich efektów jak oczekiwałam to z bólem mięśni i suchością w ustach szłam, ciągle szłam. I dopóki to robiłam, wiedziałam, że odnoszę sukces. I choć znaleźli się tacy, którzy patrzyli na mnie z góry, którzy zdobyli wyższe szczyty, którzy szybciej pokonali najtrudniejsze życiowe sprawy to ja ciągle szłam. Największy sukces? Idę dalej i to nie sama.:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Moim pierwszym największym osiągnięciem było wejście na Kasprowy z gorączką, do tej pory nie wiem, jak mi się to udało zrobić ;-) To była moja pierwsza wyprawa w Tatry, być może właśnie wtedy pomyślałam sobie, że jeśli pogodziłam osłabienie, gorączkę i mozolną wspinaczkę, to i z innymi szczytami sobie poradzę? Zakochana już w Tatrach na amen, niedługo potem wybrałam się z mężem na trzydniową wyprawę. Pierwszego dnia zostawiliśmy toboły na Hali Kondratowej, wyskoczyliśmy na Giewont, a po zachodzie słońca podziwianym spod Kondrackiej Kopy wróciliśmy już po ciemku do schroniska. Drugiego dnia maszerowaliśmy grzbietami do Doliny Pięciu Stawów, gdzie nocowaliśmy na glebie pośród innych steranych wędrówką ciał. Trzeciego dnia obudził nas przepiękny widok z okna, który podziałał jak lekarstwo na zakwasy i odciski. Byliśmy jak w transie, nienasyceni widokami. Ale wiedzieliśmy, że na drugi dzień czeka nas powrót do pracy i nie było szans zostać w Tatrach na dłużej. Zaliczyliśmy jeszcze Szpiglasowy Wierch i w nagrodę kupiliśmy sobie zimne piwo i ciepłą szarlotkę w Morskim Oku.
    A potem na świecie pojawiły się dzieci i nie udało nam się powtórzyć takiej wyprawy. Ale idzie ku dobremu, bo udało nam się zaszczepić dzieciom naszą miłość do gór. Ja w ich wieku nawet nie wiedziałam, co to Tatry, a tymczasem mój 9-leni syn i 6-letnia córka na pamięć znają wszystkie tatrzańskie szczyty i doliny (mapa wisi im nad biurkiem). Wielu ludzi dziwiło się w tym roku, kiedy mijali nas na trasie Kuźnice-Kasprowy-Przełęcz pod Kondracką Kopą - Hala Kondratowa, słyszeliśmy nawet teksty: "biedne dzieci". Lol. W zasadzie porównując mój sukces z ich sukcesem to przy małych stópkach wypadam blado ;-)
    Mam nadzieję, że jak już dłuższa wyprawa dojdzie do skutku, to pojedziemy we czwórkę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Hej!

    Moją największą dumą jest to, że zacząłem chodzić po Tatrach i w sumie innych górach po dość długiej przerwie (jednak Tatry to taka wisienka na torcie). Tych dum ogólnie jest kilka:

    1. Wejście zimą na Kozi Wierch i rozpoczęcie nowej tradycji - corocznego wejścia na Kozi Wierch - najwyższy szczyt wybitny położony w całości na terenie Polski - zimą w weekend przed świętami Bożego Narodzenia, a potem wspólny obiad ze znajomymi w schronisku w Pięciu Stawach

    2. Zdobycie drugiego co do wysokości szczytu w Tatrach (Łomnicy) w sumie późną wiosną, ta zdziwienie ludzi, co my tam robimy, to wymęczenie po ponad 14 h akcji górskiej na dole przy parkingu - niewątpliwie duma

    3. Chyba największa z dum - rozpoczęcie przygody z taternictwem, wpis do książki wyjść, szpej, splendor i ogólnie rozumiana magia tego zajęcia. Pierwsze przejście IV drogi (Klasyczna na Mnichu) to jest już coś :)

    Mam tylko nadzieję, że w dalszym ciągu będzie mi się dane rozwijać w tym kierunku i podnosić sobie poprzeczkę. Celów kilka jest także do zobaczenia na górskim szlaku! :)


    Pozdrawiam!
    Hubert

    OdpowiedzUsuń
  18. Choć do Tatr miłością pałam największa z możliwych (i sądzę że nigdy to się nie zmieni) do największego mojego małego, a zarazem dużego sukcesu zaliczę zdobycie trzeciego co do wielkości wulkanu na świecie- Teide.

    Nie mam choroby wysokościowej, choć wiem, że na tej wysokości można czuć pewien dyskomfort. Wyraźnie natomiast daje się odczuć już znacznie mniejszą ilość tlenu wraz z osiąganiem wysokości. I jeśli myślicie, że idąc tam na górę uśmiech nie schodził mi z twarzy, to jesteście w błędzie. W tamtej chwili:
    a) chciałam wrócić do łóżka spać,
    b) miałam za ciężki plecak ( na cholerę zachciało mi się brać cały ekwipunek wyjazdu na górę),
    c) powtarzałam w głowie "na cóż mi to było, no po cóż",
    d) wkurzam się, że oddycham jak emerytka (no przecież do 70-tki to mi jeszcze trochę brakuje),
    e) i najważniejsze, a zarazem najgłupsze- bałam się, że nie zdążymy na wschód ( w gruncie rzeczy byliśmy na szczycie 45 minut przed wschodem).
    Kiedy wreszcie stanęłam na szczycie, ja osoba która czasami mówi za dużo zaniemiałam. Ale że jak już? Że już koniec wspinaczki w górę?

    I wiecie co może to nie jest najwyższy szczyt na jakim będę (takie mam marzenie), może to tylko zwykłe Pico del Teide, ale dla mnie była to wspaniała przygoda. Takie wyprawy lubię najbardziej, gdzie człowiek doświadcza totalnego zmęczenia i totalnego zauroczenia tym, jak ten świat jest piękny. Brudna, zmęczona, z poparzonymi od słońca uszami czuję, że żyję. Nie zamieniłabym tego na żaden pięciogwiazdkowy hotel. Muszę Was jednak ostrzec- to jest uzależniające ;). Po raz kolejny góra nauczyła mnie pokory, a ja pokazałam samej sobie, że te całe 162 centymetry dają radę.

    Za to kocham góry i uwielbiam spełniać marzenia :) do zobaczenia pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulujemy! Książka trafia do Ciebie :) Prosimy o kontakt mailowy :)

      Usuń
  19. Jestem dumny z tego, że spróbowałem, spróbowałem wyjazdu w góry.

    W góry czasem jeździłem na wycieczki szkolne. Może kilka razy w życiu. Potem długo, długo nic. Aż pewnego razu na piątym roku studiów wyjechałem wraz z grupą studentów na rajd "Raz na cztery lata" w Masyw Śnieżnika. Od tego czasu regularnie wyjeżdżam razem z innymi ludźmi z organizacji jaką jest Sekcja Turystyki Kwalifikowanej AZS UEP. Półtora roku temu pojechałem na swój pierwszy rajd, dziś jestem prezesem tej organizacji, ale co najważniejsze, odkryłem swoją pasję, odkryłem góry.

    Mark Twain powiedział kiedyś: "za 20 lat będziesz bardziej żałował rzeczy, których nie zrobiłeś, niż tych, które zrobiłeś"!

    Jestem dumny z tego, że spróbowałem, spróbowałem wyjazdu w góry.

    OdpowiedzUsuń
  20. Było to w noc sylwestrową na przełomie 2015 i 2016 roku. Ale od początku.Jak co roku, wraz ze znajomymi, mieliśmy plany na wspólne witanie nowego 2016 roku. Niestety w ostatniej chwili plany musieliśmy zmienić i takim sposobem, pierwsze godziny nowego roku.. przespałem. Ale o 3 nad ranem przebudzony, mówię do siebie, chcę coś zrobić, coś co będę wspominać i czym będę mógł się chwalić. I takim sposobem postanowiłem pojechać w Bieszczady. Szybkie śniadanie, kawa, kanapki na drogę, ciepłe ubranie i już o godzinie 4 rano ruszyłem. Wpisałem w GPS'a "Wołosate" (Chciałem jedynie na Tarnicę, a stamtąd jest najbliżej). Pokazuje mi najkrótszą drogę, tylko 128km, więc ruszam. Po około 40 km Nawigacja odmawia mi posłuszeństwa. Dojeżdżam do Kuźminy, staję pod pobliskim sklepem i szukam sygnału. Nieskutecznie. Ale przecież nie przerwę wyprawy. Ruszam w takim razie bez nawigacji, kierując się na Ustrzyki Górne... Nie było tak źle, dotarłem na miejsce przed wschodem słońca, jest dość ciemno, żeby iść w górę (szybkie pakowanie spowodowało, że o latarce zapomniałem). Wychodzę z samochodu, jest mroźno: -28 stopni. Nie idę w górę, idę się przejść drogą, poczekam, aż się zrobi jaśniej. W tym czasie podjeżdża do mnie... strażnik graniczny. Pyta czy nie za wcześnie na spacer, odpowiadam: że dla mnie w sam raz i chcę iść na szczyt, ale za wcześnie dotarłem na miejsce. Życzyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i odjechał. Zapewne wziął mnie za uchodźcę :) Odjechał. A ja ruszyłem w górę... śniegu w dolnych partiach mało, więc szło się idealnie. Parłem na szczyt, widoki niesamowite, powietrze przejrzyste, rześkie, mroźne.. Ostatnia ścieżka, od wschodu była najtrudniejsza. Wąska, trochę niebezpieczna, a do tego silny wiatr, ale widok gór dookoła i coraz bliższy cel dawały mi siłę na dokończenie tego, co sobie zaplanowałem. Docieram na Tarnicę, jest cudownie. Sam na sam z naturą. Zaparło mi dech. Niesamowite przeżycie. To moje pierwsze góry w życiu, zakochałem się od razu. Posiedziałem tam około godziny, endorfiny się uwolniły, a ja miałem ogromną satysfakcję z wyprawy, którą będę wspominać. Jestem z siebie dumny, bo byłem tam po raz pierwszy i jako pierwszy w roku 2016 zdobyłem szczyt- Tarnicę.
    Zdjęcie, które mówi wszystko: https://goo.gl/tPeVLw
    Pozdrawiam
    Grzesiek.
    P.S. Rok później to powtórzyłem.

    OdpowiedzUsuń
  21. Co jest moim największym sukcesem życiowym/górskim ? Pytanie nie jest proste. Zastanawiałam się pisząc ten komentarz co do niego zakwalifikować. Po górach chodzimy od 2013 roku, często kosztowało nas to wiele wysiłku, wyrzeczeń i samozaparcia nie tylko na szlaku ale i podczas planowania wycieczek. Jednak uważam, że jak dotąd moim największym życiowym sukcesem jest to, że w ciągu ostatniego roku budowałam dom, tak dom nasz wspólny, jedyny wymarzony - i najważniejsze - NIE REZYGNUJĄC PRZY TYM Z GÓRSKICH WYJAZDÓW. Budowa kosztowała nas wiele pracy, wysiłku i pieniędzy, których ciągle na coś brakowało i brakuje. Jeszcze wiele pracy przed nami. Jednak pomimo tego tak bardzo kochamy góry, że w obecnym roku praktycznie 1 raz w miesiącu w nich byliśmy. Organizowaliśmy różne budżetowe wyjazdy choćby jednodniowe, żeby tylko tam być i pooddychać górskim powietrzem a oczy nacieszyć widokami. Mam nadzieję i zamiar, że szybko się to nie zmieni. Dlaczego uważam to za sukces ? Bo jeszcze rok temu góry podziwialiśmy tylko jeden tydzień podczas całego roku w wakacyjny wyjazd. Pozdrawiam, Edyta

    OdpowiedzUsuń
  22. Czołem!
    Ja krótko.
    Moim największy życiowym sukcesem jest moja zwariowana rodzina, z którą wspólnie osiągamy sukcesy podróżnicze!
    Największy jaki do tej pory osiągnęliśmy to nie zdobyte szczyty czy odwiedzone wymarzone miejsce,a zaszczepienie w sercach naszych dzieci miłości do gór.
    Umiłowaliśmy sobie Tatry i nauczyliśmy dzieci, poznawać je od najnizszych partii.i to jest piękne!
    Nasze szalone dzieci, kochają góry poznawać i uczyć się ich.nie są tylko zdobywacami, są też miłośnikami ❤
    Małymi kroczkami ruszamy wyżej, a te najwyższe szczyty dopiero przed nami :)

    Do zobaczenia na szlaku!
    Pozdrawiam, Kamyczkowa Mama

    OdpowiedzUsuń
  23. Cześć,
    Moja historia będzie nieco smutna, ale posiada szczęśliwe zakończenie. Otóż swój sukces życiowy i górski mogę ze sobą powiązać. Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, kiedy jeszcze byłem mały, miałem poważną astmę oskrzelową, częste ataki kaszlu i problemy z oddychaniem. Wszelki wysiłek fizycznie nie wchodził nawet w grę. Pogotowie pod moim domem, było częstym widokiem. Lekarze dawali niewielkie szanse na normalne życie i funkcjonowanie. Wszelkie leczenie nie dawało pożądanych rezultatów. Ponieważ pochodzę z ubogiej rodziny zostało mi przyznane celem zmiany klimatu sanatorium nad morzem. Już na samym początku pojawiły się kłopoty z oddechem, podawano mi tlen i musiałem szybko stamtąd uciekać. Lekarz podjął decyzję, że można spróbować z górami. Tak trafiłem do Wojewódzkiego Centrum Pediatrii "Kubalonka" w Istebnej. Codziennie miałem zabiegi, inhalacje solankowe, brałem dalej leki, przechodziłem trudną rehabilitację z gimnastyką oddechową. Poprawa była na tyle duża, że jeździłem tam przez kolejnych 13 lat! nawet na okres 2 miesięcy. Zaczęło się od samego przebywania w górach, potem przez krótkie spacery do trekkingów po 4-5h między zabiegami a obiadem. Dzięki temu problemy z astmą ustały. Chociaż lekarze dawali niewielkie szanse, że z tego wyrosnę to jednak się udało. Mogłem już normalnie funkcjonować na równi z rówieśnikami. Można powiedzieć, że górski klimat plus opieka lekarzy dała mi drugie życie bo to co było wcześniej trudno było nazwać życiem. Uważam, że powrót do normalności to mój największy życiowy sukces. Od tej pory jestem z nimi nierozerwalnie związany bo zawdzięczam im wszystko to co mam. Góry kojarzą mi się z życiem i radością. Każda wizyta w górach poprawia moją wydolność sprawia, że lepiej się czuję. Dzięki temu zacząłem działać w Kole Przewodników Górskich, Klubie Podróżników, Klubie Wysokogórskim, opiekowałem się schroniskiem i sam pomagałem ludziom stawiać ich pierwsze górskie kroki. Poza tym dla mnie każdym małym sukcesem jest szczęśliwy powrót z wyprawy, bo zdaję sobie sprawę, że góry mogą równie dać życie jak i je odebrać.
    I w moim przypadku miłość zaczęła się od tego "dać"...
    Pozdrawiam,
    Mateusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratulujemy! Książka trafia do Ciebie :) Prosimy o kontakt mailowy :)

      Usuń
  24. Zawsze kochałam morze - plaża, słońce, błogie lenistwo.Jednak kiedy poznałam mojego obecnego meza-a było to ponad 20 lat temu- naszym rytuałem stały się wyjazdy również w góry.Razem zdobyliśmy Kasprowy,Nosal,Giewont,co może nie jest jakimś mega wyczynem,ale dla nas liczyły się wspólnie spędzone chwile,obcowanie z przyrodą, widoki.Dwa lata temu ponownie zdobyliśmy Giewont z naszym 6-letnim synem,który od tej pory nie chce słyszeć o wyjazdach nad morze.Niestety będzie musiał poczekać z obcowaniem z górami, gdyż rok temu na świat przyszła Jego siostrzyczka i na razie możemy jedynie chłonąć i zachwycać się jakże pięknymi krajobrazami. Czasami sam widok z zacisza domku w Gliczarowie-Górnym czy Olczy wystarczy do pełnego relaksu.Co by w życiu nie zrobić czy zdobyć to jednak Rodzina jest moim największym sukcesem i osiągnięciem. Mam nadzieję, że za jakiś czas będzie nam dane ponownie cieszyć się górami juz we czworo.Może wtedy uda nam się zrealizować marzenie moje i męża o wejściu na Rysy?....

    OdpowiedzUsuń