Norwegio nadchodzimy!

Wreszcie nadszedł dzień, na który tak długo czekaliśmy! Data wyjazdu do Norwegii od dawna była w kalendarzu zakreślona na czerwono, a my z niecierpliwością odliczaliśmy dni do momentu, kiedy zacznie się nasza największa przygoda i jednocześnie trochę spóźniona podróż poślubna. I doczekaliśmy się!




Piątek to chyba praktycznie dla każdego ulubiony i najbardziej wyczekiwany dzień tygodnia. My na TEN PIĄTEK wprost nie mogliśmy się doczekać - jeszcze tylko tydzień, weekend, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek i jedziemy! Te ostatnie dni to również dosyć intensywny czas szykowania rzeczy np. kompletowanie apteczki czy kosmetyczki, selekcja ubrań, która niestety jest konieczna, żeby zmieścić się w jeden (nawet duży, ale tylko jeden!) plecak, ostatnie drobne zakupy i trochę grubsze też, bo na wyjazd zakupiliśmy w miarę ciepłe śpiwory i maty samopompujące i w międzyczasie ładowanie akumulatorów do aparatu i zakup zapasowych (tak na wszelki wypadek) i impregnacja obuwia, a także ubrań, a na koniec wreszcie pakowanie.

Jak się spakować i nie zwariować? Oto jest pytanie! 

W piątek budziki  ustawione na 5:00 nie miały szansy zadzwonić, bo z wrażenia i podekscytowania obudziliśmy się sporo przed czasem. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na Dworzec Łódź Kaliska, z którego odjeżdżał nasz czerwony autobus do Gdańska. Dzięki temu, że zarezerwowaliśmy bilety znacznie wcześniej za jeden bilet zapłaciliśmy 18 zł!! Do tej pory to zdecydowanie najmniejsza kwota za przejazd - wczesne zamówienie biletów to bardzo dobra opcja dla wszystkich, którzy są w stanie zaplanować swoje wyjazdy. Kiedy dotarliśmy do Gdyni również do nas zaczęło docierać, że to się dzieje naprawdę! Na miejscu zbiórki byliśmy trochę wcześniej i bez trudu odnaleźliśmy się wśród ludzi znajdujących się na dworcu - naszym znakiem rozpoznawczym były wielkie plecaki i przyczepione do nich śpiwory i karimaty, bo z takim ekwipunkiem zdecydowanie nie wyglądaliśmy na plażowiczów ;)

To się dzieje naprawdę! :)

Zwarty i gotowy do drogi

Plan Apetytu na Świat był prosty, z Gdyni wsiadamy na prom i po dwunastu godzinach o ósmej rano meldujemy się w Karlskoronie. Trochę obawialiśmy się czy nie ujawni się choroba lokomocyjna, ale na szczęście podróż minęła szybko i przyjemnie. Po zakupach w sklepie bezcłowym i wieczorku integracyjnym udaliśmy się do czteroosobowych kabin, gdzie padliśmy jak małe dzieci po całym dniu zabaw! O szóstej rano z głośników wybrzmiewała muzyka, która skutecznie nas obudziła i wybraliśmy się na śniadanie - jak przystało na region posiłek był w formie szwedzkiego stołu ;)

Tyle ciężarówek jeszcze czeka w kolejce!

Męska część naszej ekipy

Piękny i słoneczny poranek



Dzień dobry Szwecjo! :)


Aby dotrzeć na pierwszy nocleg musieliśmy pokonać około 800 km, co oznaczało mniej więcej "tylko" 10 godzin jazdy. Kraj Ikei i Volvo przywitał nas piękną, słoneczną - jak na zamówienie pogodą. Już pierwszego dnia zrozumieliśmy co oznaczają słowa Michała, który mówił, że ten czerwony bus przez najbliższe dwa tygodnie będzie naszym domem, w którym będziemy między innymi jeść, spać, pić i suszyć ubrania. Skandynawskie drogie sprawiły, że nawet dziesięciogodzinna podróż minęła całkiem przyjemnie, bo nie dosyć, że za oknem podziwialiśmy niezwykłe widoki, to na drogach męska część co chwila wypatrywała odrestaurowane modele starych samochodów. 

Mistrzowie pakowania! :D

I tak było codziennie rano i wieczorem ;)

Szybki obiad :D


I tak oto dojechaliśmy na nasz pierwszy nocleg Sandviken, który przywitał nas niespodziewanym deszczem. W takich warunkach przyszło nam pierwszy raz rozstawiać wspólnie namioty, co ku naszemu zdziwieniu poszło nam zaskakująco sprawnie. Malowniczo położony kemping nad jeziorem Tinnsja, które jest trzecim pod względem głębokości w Europie, otoczony górami przypadł bardzo wszystkim do gustu. Po pierwszej wspólnej kolacji korzystając z faktu, że zachód słońca zaczynał się po 22 integrowaliśmy się nad brzegiem jeziora podziwiając niezwykłe widoki. 



Typowy norweski domek :)

Jezioro Tinnsjå

Można tak siedzieć i patrzeć bez końca!

I pajęczyny się załapały na zdjęcie!

Wifi działa jak widać :D



A następnego dnia wreszcie ruszyliśmy w góry! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz