Soszów i Stożek

Szczęśliwi ci, którzy mieszkają na południu Polski i góry mają na wyciągniecie ręki ;) Wiele razy złapaliśmy się na tym, że gdybyśmy mieszkali bliżej bez wątpienia każdy weekend spędzalibyśmy w górach właśnie!  Ale z drugiej strony czym jest nasza czterogodzinna podróż z Łodzi do Wisły w porównaniu do całodniowego przejazdu dla mieszkańców północnej Polski? Może nie mamy aż tak źle ;)



Już o 9 rano (ku zdziwieniu naszej gospodyni) meldujemy się na noclegu w centrum Wisły. Po godzinie jesteśmy na niebieskim szlaku prowadzącym do Schroniska na Soszowie.  Początkowo szlak prowadzi asfaltową drogą co jest trochę monotonne i co niektórzy mniej cierpliwi (S.) nie mogą się doczekać beskidzkich, leśnych szlaków. Po około godzinie nareszcie skręcamy w polną drogę, która po chwili zmienia się w przyjemną dróżkę wśród drzew z widokiem na Beskidy. 





















Po ok. 30 minutach docieramy do schroniska Soszów, jednego z najstarszych schronisk w Beskidzie Śląskim, które znajduje się na początku Głównego Szlaku Beskidzkiego. Wewnątrz na ścianie dostrzegamy nieprzeciętną tabliczkę. Mianowicie pod logo znanej sieci restauracji fastfoodowej widniał niezwykle trafny napis. Jak to S. powiedziała: taka perełka, przypominająca, że w górach jest czas na wszystko. 








Kawa, kanapka i ruszamy dalej. Następnym naszym celem jest Mały Stożek, a następnie jego "większy brat" - Wielki Stożek. 
Już od samego początku dostajemy mocno w kość. Bardzo strome podejście w połączeniu z panującym wtedy upałem to dla niektórych połączenie ekstremalne. Chyba już wspominaliśmy, że S. jest wielką miłośniczką zimy, ale za to P. był w swoim żywiole i żaden upał mu nie straszny. Na szczęście widoki na tej trasie rekompensują wysiłek. 



































Po drodze nie mijaliśmy zbyt dużej ilości turystów, dlatego jesteśmy zdziwieni bardzo dużą ilością ludzi zarówno przed schroniskiem jak i w środku. Być może jest to zasługa znajdującego się w pobliżu wyciągu. Pozytywnie zaskoczyła nas duża ilość dzieci w różnym wieku i obecność najwierniejszych przyjaciół człowieka - czworonogów. Posilamy się zupą pomidorową i żurkiem, aby mieć siłę na powrotną wędrówkę. Ciemne chmury pojawiające się na niebie motywują nas do wyruszenia w drogę. Skutecznie udaje nam się przed nimi uciec, chociaż pod koniec wyprawy delikatnie pokropił ciepły, letni deszcz. 















Na zwieńczenie tak pięknego dnia udajemy się na przepyszną pizzę oraz dzban złotej ambrozji. To nasz nowy sposób na uniknięcie zakwasów ;)



1 komentarze:

  1. Wiem coś o całodziennym przejeździe z nad morza na południe Polski. I to własnie w Beskidy ;)

    Ale na szczęście mamy coraz lepsze drogi. Kiedyś w Karkonosze z przerwami jechaliśmy naszą t-renówką 11 godzin, dzisiaj zmieścimy się w 7-8 :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń